Strona:PL Stefan Żeromski - Dzieje grzechu 01.djvu/296

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Tylko w niedzielę mam czas wolny.
— A... więc w niedzielę.
Ktoś z płacących przerwał rozmowę. Hrabia odszedł na drugi koniec sali do szafy z gazetami i jedno z pism czytał dosyć długo, jakby dla dania Ewie chwili czasu do namysłu. Gdy miał wychodzić, a właśnie przy kasie nikogo nie było, zapytał:
— Może pani będzie w kościele świętego Aleksandra przed godziną dwunastą w niedzielę? O dwunastej będę przed kościołem. Moglibyśmy, idąc Alejami, rozmawiać swobodnie. Czy dobrze?
— Dobrze... — rzekła z pośpiechem, żeby tylko odszedł i nie narażał jej na pytające, jadowite, podejrzliwe, szpiegowskie spojrzenia Horsta.
W niedzielę ubrała się w najlepszą swą, czarną suknię, włożyła paletko, sięgające ledwie do pasa, jedyny dawny zabytek przeszłorocznych elegancyi, — na głowę czarny kapelusz, otoczony grubą, jakby żałobną wualką, czarne rękawiczki. Blada jej twarz, prześliczne smutne oczy z za tej czarnej zasłony przeglądały niewymownie. O dwunastej, wyszedłszy z kościoła, zobaczyła Szczerbica, idącego chodnikiem. Gdy wysunęła się z tłumu podeszła do niego, ledwie ją poznał. Długo krocząc obok niej, nie odrywał oczu od jej wysmukłej czarnej postaci. Był to jeden z ostatnich dni lutego, dzień wyjątkowo słoneczny. Bryły i skiby śniegów spadały z dachów na chodniki, woda huczała w rynnach. Wróble, nastroszywszy pierze, radośnie szczebiotały po żelaznych sztachetach i w nagich gałęziach drzew. Ewa czuła, że Szczerbie jest nią zachwycony. Było jej to przyjemne. Szła obok niego dużymi »modnymi« kro-