Strona:PL Stefan Żeromski - Dzieje grzechu 01.djvu/295

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wiarniach nie bywa. Szukał przez chwilę miejsca, zmieniał je, wreszcie usiadł w taki sposób, że twarzą zwrócony był do Ewy. Nie zdjął ubrania. Jego lekkie, drogie, karakułowe futerko i kapelusz zwracały uwagę nawet w tej pierwszorzędnej cukierni. Kazał podać sobie kieliszek wina i »Times«. Gdy po raz pierwszy podniósł do ust kieliszek, skierował oczy w stronę Ewy i, spotkawszy się z jej spojrzeniem, znowu złożył jej lekki i szybki ukłon. Ona odpowiedziała obojętnem i dość niedbałem skinieniem. Teraz nie lękała się już tak bardzo. Owszem, — było jej troszeczkę przyjemnie, że ten śliczny i wykwintny pan, na którego zwracały się oczy wszystkich, zarówno kelnerów, jak gości, poznał ją i pozdrowił.
Następnego dnia, wieczorem, podczas największego natłoku osób, Szczerbie znowu przyszedł do kawiarni. Tym razem krótko bawił. Wychodząc, zbliżył się do kantorka Ewy i rzekł do niej półgłosem:
— Nie jestem pewny, czy pani przypomina mnie sobie...
Uśmiechnęła się i z nieporównanym wdziękiem podniosła głowę. Szczerbie mówił szybko:
— Pragnąłbym z panią porozmawiać o niektórych Ważnych rzeczach, które pani dotyczą. Kiedy się kończy to zajęcie?
— Wieczorem.
— Późno?
— Tak, późno.
— Nie chciałbym, żeby pani z mego powodu uległa przykrym posądzeniom... Czy nie mógłbym którego dnia widzieć się z panią?