Strona:PL Stefan Żeromski - Dzieje grzechu 01.djvu/267

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


trzonego domu! Żeby pani wiedziała, że pójdę — razem z panienką! Takie matkie mieć, to Jezus, Marya!
Rozległ się w przedpokoju brzęk dzwonka. — Leośka rzuciła rondel, który trzymała w ręce, i w podskokach pobiegła. Po chwili słychać było przez otwarte drzwi jej szept:
— Panienka, panienka...
We drzwiach kuchenki stanął stary pan Pobratyński.
Przekroczył próg cichymi kroki, ociężałymi ruchami. Ewa podniosła na niego strudzone oczy. Nie ruszyła się z miejsca, myśląc sobie dobrotliwie i spokojnie, że on, jak zawsze, zaakceptuje rozkazy matki. Ale stary pan szedł ku niej z uśmiechem jasnym. Gdy był o krok, przyciągnął ją do siebie i przycisnął tak mocno, że jej zabrakło tchu w zgniecionych piersiach. Ogarnął obadwa jej ramiona trwożnem ramieniem i pociągnął ją siłą we drzwi pokoju. Głaskał jej głowę, twarz, ręce.
Z jakąż radością poczuła znajomy zapach cygar i kochany zapach fiksatuaru! Szloch jeden, drugi...
Matka stała we drzwiach. Z krzykiem, zapalczywie, ledwo chwytając dech w piersi, — wołała:
— Nie waż mi się brać jej do domu! Ja tej dziewki nie przyjmuję! Słyszysz!? Nie przyjmuję! Szelma, ścierwo! Słyszysz?! Nie przyjmuję! — Szelma, ścierwo! Nie przyjmę nigdy, przenigdy! Tak mi Panie Boże dopomóż! Nie przyjmuję! Słyszysz?!
Stary pan podniósł wyblakłe, załzawione oczy. Wzrok jego pierwszy raz w życiu był kamienny i straszny. Stary pan mówił półgłosem: