Strona:PL Stefan Żeromski - Dzieje grzechu 01.djvu/268

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Milczeć, milczeć! Zejdź mi z drogi, bo teraz zabiję! Zatłukę! Na śmierć zatłukę!






Lustrzane tafle w ramach, imitujących łagodny mahoń, stoliki z blatami, naśladującymi żółty marmur z Sieny, różowy grecki, rosso antico, albo bezcenny, zielonkawy, — posadzki, udające mozaikę kościoła świętego Marka, — niby bronzy, którym w fabryce nadano umyślnie cechę starości... Wszędzie, gdzie oko pójdzie, lśniące jaja, albo greckie ample świeczników elektrycznych. Tam i sam zwinięte węgle żarowe lampek, umieszczone w bronzach kształtu kwiatów, w podobiznach pąków różanych, owoców, łodyg rozsiewały światło rozpustne i lubieżne, ponsowe i niebieskie, a powtarzając się po stokroć w lustrach, sprawiały wrażenie nieokreślonych połysków i drżenia sprzętów. — Gdzieindziej, — lampy, schowane w kloszach, obwieszonych rżniętemi szkłami, tworzyły źródliska barw łagodnych a różnorakich. Niewolniczy, wiecznie równy, sypki żar lamp łukowych, białe światło w szklanych kielichach, nie żarzy się, lecz trwa niespracowanie, wyobrażając duszę wiernego lokaja tłumu.
Wszędzie bezduszne rozwidnienie, perłowe albo nieznośnie błękitne, powolne a niewyczerpane w sile swej nieskończonej. Wielkie szyby okienne, jak tonie niezgruntowanej wody. Wieczny ruch drzwi od ulicy, bezszelestnych, chodzących w tył i naprzód, — wieczny ruch drzwi, prowadzących do kuchni, — niby wieczne działanie potwornej gęby i kiszki odchodowej. Zawsze jednakie twarze lokajów, obłudnie eleganckie, chytrze