Strona:PL Stefan Żeromski - Dzieje grzechu 01.djvu/235

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Chęć być sama jedna z moją nocą, z moją muzyką i moim jaśminem...
Na wspomnienie tamtych chwil palce jej zakrzywiały się, jak szpony, — wyprężała się w tył, a z gardła wypadał skowyt rozpaczy. Wiedziała to oczywiście, że tamto już przeszło na wieki i skonało bezpowrotnie. Nie tyle żałowała swej dziewiczości, ile swej duszy dziewiczej, wolności wewnętrznej dumy człowieczej, zachwytu i porywu serca. Mówiła sobie, że zdradziła nie tyle rodziców, ile wieczność. Toteż dobrowolnie poddawała się widzeniom i złudom. Mamiła się całemi godzinami, (aż do wybuchu rozpaczy), że wcale nie oddała się Łukaszowi, że była jeszcze tą samą, co dawniej. Wszystko skupiło się we wspomnieniu szarego płaszczyka, dawnej, panieńskiej okrywki. Iluż tu uczniaków, studentów, iluż poetów ów szary płaszczyk budził ze snu, gdy chodziła na pensyę! Skoro się ukazywał w ulicy, ileż serc młodzieńczych biło i ile oczu gorzało. Lubiła zarzucać jednę jego połę, gdy szła z pośpiechem... Mówiono jej o tem i pisano w tajnych liścikach, że poły tego płaszczyka, — to skrzydła anioła... Lubiła teraz nawracać śnieniem do tamtych dni, ale nadewszystko lubiła marzyć o chwilach, kiedy się opierała Łukaszowi, kiedy się broniła na zabój... Widziała znowu dzień wietrzny, w czasie marcowej odwilży, kiedy stali na pochyłości góry. Był wtedy szczególnie wzruszony i miał oczy pełne łez, a w ustach słowa tak zachwycające, tak miłe, tak cudne!... Musiała była odejść, a on w tem miejscu zostawał. Kiedy na pożegnanie przywierali do siebie wzajem ustami, zdawało się jej, że już przestała żyć i leci w rozkosznym, zimnym wichrze,