Strona:PL Stefan Żeromski - Dzieje grzechu 01.djvu/164

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Koła powozu na gumowych obręczach zdają się nie dotykać ziemi. Lecą, lecą, lecą wśród bryzgów wody ulicznej. Łagodny ruch, cichy, ostrożny, miarowy łoskot, jak gdyby tętno wszystkich rzeczy na ziemi... Skórzany fartuch chroni od deszczu, buda powozu od wichru i ludzi. Lecą, zda się powietrzem, nad ziemią i ludźmi w czarną rozkosz nocy. Usta, szukając jej ust, trafiają na szorstką wualkę i usiłują rozedrzeć tę przeszkodę, nieskończonymi pocałunkami. Ręce nie ośmielają się wznieść, żeby ją usunąć.
— Pocoś to zrobił? Dlaczegoś ode mnie uciekł? — szepcą oniemiałe, bezsilne usta.
— Cicho, cicho...
Pocoś to zrobił? Dlaczego wówczas napisałeś straszny list?... — Nieskończony błysk oświetlonych tafel okiennych, sznur latarniany... Biegną zmoczeni ludzie. Nieskończony korowód. Snują się za oczyma, jako chichot złego ducha. Ewa nie mogła mówić ani słowa. Czuła wszystko, lecz nie myślała. Pragnienie było spełnione. Czara szczęścia po brzegi nalana. Toć to jest powrót... Nagroda za wszystko, ale jak bezbrzeżnie szczodra! O, Boże, Ty, który wszystko wiesz!... Miała jego usta na ustach. Teraz już tylko skończyć to życie.
Wtem powóz stanął.
Łukasz ocknął się, z westchnieniem podniósł głowę.
— Co to jest? — spytała boleśnie.
— Już hotel?
— Co za hotel?
— Ja tu będę nocował.
— Ach, prawda!