Strona:PL Stefan Żeromski - Duma o hetmanie.djvu/064

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

(Dłonią co na biodrze była wsparta, młodzieniec uniósł wysoko i daleko zarzucił zasłonę.)
Spojrzy hetman...
Olbrzymia widzialnia...
Po prawej ręce zręby i wyrwy, schody i korytarze, sklepione łuki i szczeliny tajne, wyniosłości i zwaliska na palatyńskiej górze. Ujęte w zwoje cyprysów i dębów wieczyście zielonych, uwieńczone laurem i bukszpanem uśmiechają się z gajów kamelii — jakgdyby czaszka, opleciona wieńcem weselnych róż.
W słońcu tam leży sen o geniuszu, o gwałcie żądz, o potędze miecza i o bezdennej nędzy człowieka.
Gniazdo orłowe, gdzie wśród nocnej rozpusty lęgły się zamysły podboju wolnych narodów, — kunszt stwarzania niewolników, — gdzie młodym orłom lotki rosły i wydłużały się pióra do śmigania po okręgu ziemi, zataczając kształt pętlicy postronka nad pasterzami i łowcami niewiadomego języka i obyczaju, — gdzie się hodowała tajemniczo-mądra umiejętność narzucania dybów i duszenia w nich plemion w zgodzie z ich wolną wolą, — nauka morderstw, pogwałceń umowy, burzenia miast, niweczenia prastarych kultur, zadeptywania odwiecznych cywilizacyi, krycia ich pod piaskami pustyni, — i sztukmistrzowstwo budowania świątyń świata wieczyście nowych, niezniszczalnych sal rady, cudnych termów, domów ludu, radosnych cyrków, jak sama myśl o sławie pięknych łuków tryumfu, — w jednem na ziemi ukochanem mieście...
Szeleszcze niewymownie stopa, sunąc po płaskich