Strona:PL Stanisław Wyspiański-Noc listopadowa.djvu/064

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


które wskazują, — że się dziś — coś ma pojawić.
No i wiadomo co, — gdzie, — to trza zdławić.

W. KSIĄŻE

Ale co!? — Co?! — Precz-ty!, — albo zostań jeszcze chwilę;
potem wydam rozkazy, ukaz; — ja tu mile
przepędzam czas, — tak wy mnie napędzacie strachu.
Tak ja spokoju nie mam, — ciągle w szachu. —
A kto mnie trzyma? — wy, — tak to błazeństwo. —

MAKROT

Oni się modlić przychodzą na groby
w dnie narodowej, tak zwanej, żałoby.
Wtedy ja idę i śpiew intonuję
razem wspólnie z innymi, nawet popłakuję.
A w notesie kryjomie imiona spisuję
osób, które tam klęczą. — I tak na trop spisku
wpadam z lekka, powoli, — na ich cmentarzysku,
gdy na ich głowy liście spadają zżołkniałe.
Oto tu mam notaty.

(dobywa papierów)

Co — ? — Foliały całe?
Jeśli książe przypomnieć raczy w Listopadzie....

W. KSIĄŻE

Listopad, to dla Polski niebezpieczna pora — ?

MAKROT

Znacząca. — —

W. KSIĄŻE

A ty, widzę, jesteś zmora.

MAKROT

Tak teraz jest Listopad, — więc baczne mam słuchy.