Strona:PL Stanisław Przybyszewski-Dla szczęścia.djvu/011

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    MLICKI (siada naprzeciw niej, wolno i łagodnie). Słuchaj Hela, mówże ze mną rozsądnie.
    HELENA (prostuje się gwałtownie). Ale dajże mi raz przecie spokój! Czego chcesz jeszcze odemnie? Czy lękasz się o mnie?...
    MLICKI. Tak — zanadto jestem do ciebie przywiązany, żeby mi to miało być obojętnem.
    HELENA. Przywiązany! przywiązany! Ha, ha, ha, może poczuwasz się do wdzięczności za tyle rozkoszy? może mi chcesz dać odszkodowanie?... (z dziką ironią). Wiesz co? Sprawa załatwi się najlepiej, jeżeli mnie wydasz za kogo.
    MLICKI (z tłumioną wściekłością). Podła!
    HELENA. Ty, ty jesteś podły! Dlaczego mnie wziąłeś? Dlaczegoś mi całe dwa lata miłość kłamał (w najwyższem oburzeniu). Płaciłeś moją miłość!... Strawą i odzieniem płaciłeś moją miłość! Jezu! Jezu! jakie to obrzydliwe (porywa się). Czego chcesz, czego?... Mamże prosić niebios, by wszelkie błogosławieństwo na twoją głowę zlały, mamże cię w czoło całować i mówić: Idź mój Stefanie, idź, szukaj dla siebie innego szczęścia?!...
    MLICKI (patrzy na nią cały czas, potem śmieje się krótko). All right! To wcale nie źle powiedziałaś. Więc dobrze, będziemy żyć dalej spokojnie i szczęśliwie. Wiesz aż nadto dobrze, że cię nie opuszczę, dopóki ci twej przyszłości