Strona:PL Stanisław Korab Brzozowski - Nim serce ucichło.djvu/60

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Toczy tak i połyka pianę swej wściekłości
I nie chcąc znać wyroków, które głoszą losy,
Wznosi sama w Gehenny przepastnej ciemności
Dla zbrodni macierzyńskich przeznaczone stosy.

Lecz w niewidzialnych skrzydeł anielskich promieniu
Wyklęte dziecko słońca upaja się czarem,
I w każdym swym napoju, w każdem pożywieniu
Odnajduje ambrozyę z różanym nektarem.

Igra z wiatru powiewem i z chmurami gwarzy,
Hymn o drodze krzyżowej nuci w zachwyceniu;
A duch, co w drodze życia stoi mu na straży,
Płacze, widząc, że wesół jak ptak w lasów cieniu

Każdy, którego on swą miłością obdarza,
Patrzy trwożnie, lub jego zuchwały milczeniem
Nienawiść swą ku niemu okrutną rozżarza
I z serca chce mu skargę wydrzeć udręczeniem.

Nieczyste swe plwociny i popiół mieszają
Do wina i do chleba, które on spożywa;
Czego dotknie, z obłudą zaraz odrzucają,
Kto w ślady jego stąpi, skargą nań się zrywa.

Jego żona tak woła na miejscach publicznych:
»Ponieważ mnie uwielbia i darzy pieszczotą,
»Odgrywać rolę bogiń ja będę antycznych,
»Jako one chcę także okryć się pozłotą;