Strona:PL Stanisław Ignacy Witkiewicz-Pożegnanie jesieni.djvu/55

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— A to ty, Jędrek? Jak się masz? Dobry wieczór panu — mówił, pochylając się w kierunku drugiego z tych panów. Pierwszy był to Łohoyski, jeden z oryginalniejszych hrabiów na naszej planecie (Ciekawa rzecz czy na innych są też hrabiowie? Pewno tak, bo istnienie arystokracji jest czemś absolutnem: „eine transcendentale Gesetzmässigkeit, jakby pewno powiedział Hans Cornelius, gdyby zajmował się wogóle tym problemem).
— Stój! Nie zbliżaj się! — krzyknął ostro Łohoyski.
— Cóż to? Jesteście zarażeni? — spytał Atanazy i w tej chwili zorjentował się. „Więc to oni. Nigdybym nie przypuszczał“, — pomyślał i natychmiast postanowił poprosić na kontr-świadków, dwóch oficerów, bardzo mało mu znanych z jakiegoś balu. „Na złość temu błaznowi, który mi przysyła nieomal że mego przyjaciela. („A może nie tylko przyjaciela“, szepnął tajemniczy głos w nim samym). Drugim dżentelmenem był Mieczysław baron Baehrenklotz, karykaturzysta-amator i autor kabaretowych wierszyków.
— Jesteśmy tu w sprawie honorowej ze strony Azalina księcia Prepudrech — rzekł Łohoyski ze sztuczną oficjalnością, ale zaraz nie wytrzymał i parsknął krótkim, końsko-zdrowym śmiechem, szczerząc swe i tak już nienormalnie wystające zęby, z pod zlekka po polsku podkręconych blond-wąsów. Jego oczy, zielone, wypukłe, osadzone w cudownej piękności czaszce, łypnęły powstrzymywaną wesołością.
Informacja: [Był to wogóle wspaniały, rasowy dryblas, zbudowany jak grecka rzeźba. Pieniła się w nim dzika siła życia i chęć użycia wszystkiego za wszelką cenę. Mógł sobie zafundować żonę z dowolnie wysoko postawionej rodziny: Burbonów, czy Wittelsbachów; na razie jednak wolał swobodę, której używał drugi rok dopiero, po śmierci ojca, tyrana, w stylu conajmniej