Strona:PL Stanisław Ignacy Witkiewicz-Pożegnanie jesieni.djvu/426

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


jak w tej parodji Mirbeau w „à la manière de...“ — zużywam wszystko, nawet plwociny — rozumiesz? Ale jeśli mi się ktoś będzie śmiał nie poddać...!!! Proszę. — Wskazał mu ręką drzwi, nie podając mu już „takowej“.
— Ależ, Sajciu...
— Milczeć i won stąd! — krzyknął Tempe i nie czekając wstał (on siedział cały czas, nie prosząc Atanazego żeby usiadł!), obrócił dawnego przyjaciela i wyrzucił go poprostu do poczekalni. Przerażony Atanazy nie protestował. Przeleciał obok równie przerażonej Giny i wypadł na korytarz. Zupełnie było jak z tym tygrysem w dżungli: mogę zginąć, ale nie tu, nie rozstrzelanym przez tego bałwana Tempe, niewiadomo zaco i poco. Kaszląc straszliwie biegł prawie do biura urlopów — do pociągu zostawało tylko dwie godziny. Dziwnem było w tem wszystkiem zupełne wymarcie metafizycznych uczuć — już widocznie ogarniała go atmosfera przyszłej ludzkości. Pojęcie honoru nie miało tu żadnego sensu w tej właśnie sytuacji: tak, jakby chciał obrażać się na mającego go pożreć tygrysa i zamiast bronić się, lub uciekać, wyzywać go na pojedynek przez świadków. „A jednak dał mi szkołę“, myślał z podziwem. „Nie szkołę, a łupnia poprostu. To marka dopiero. Nie marka, ale klasa. Ta szlachta duńska to jednak ma siłę“. Zapomniał zupełnie o Ramzesie II-gim.
W nocy już dojechał Atanazy do ostatniej stacji podgórskiej okolicy, dawnego Zarytego, nazwanego obecnie przez wystraszonych autochtonów Tempopolem. Cieszył się, że w stolicy nie widział się z nikim z dawnych znajomych prócz Giny i Tempego, a na myśl o zobaczeniu się z Helą doznawał dreszczów zgrozy. Nie, na Boga — dosyć miał ludzi i życia. Zajechał do sanatorjum dla urzędników klasy 3-ciej i, nawpół zjedzony przez pluskwy, zasnął snem bydlęcym dopiero nad ranem. Śnił mu się dziwny ogród tortur psychicz-