Strona:PL Sebastyana Grabowieckiego Rymy duchowne.djvu/112

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Co za ucisk z wzdychaniem tacy słudzy mają,
Dobrze to z swoją skazą zmysły moje znają.

Nędznym ja, i któż wyrwie z ciała poddanego

Strasznej śmierci? Któż przyjmie w obronę drżącego?
Zstąpięli na dna morskie — tam wieczny Bóg władnie,
Skryjęli się w otchłanie — i tam najdzie snadnie.

Cóż rzekę w tej swej trwodze? Rozpacz mnie nalega,

10 
Nadzieja osłabiała, co dawno przestrzega,

Aby z kresu onego dusza nie zstąpiła,
Na którym w zbawicielu ratunk[1] zasadziła.

O lekarzu, co władniesz biegi niebieskiemi
A wszelkie niedostatki leczysz tu, na ziemi,

15 
Od frasunku oczyszczasz, wracasz do żywota,

Acz się już kto opiera o piekielne wrota.

Zgładź głupie nieprawości, osusz oczy moje,
Oświeć zmysły, by znały przykazanie twoje
Chcącemu k tobie pomóż, przymuś upornego,

20 
Ty, co żałość odnosisz z zginienia grzesznego.



XCVI.

Gdy uzdy kładą na słoneczne konie
Godziny, noc skraca
Świtanie a po stronie
Wszelkiej światłem pozłaca

Niebo i łąkom hojność ozdób wraca,


Obracam oczy, łzami obciążone
I snem jeszcze, k wiecznemu
Bogu, by omył one
Zmazy, które smutnemu

10 
Ciężą na duszy, niszcząc zmysł nędznemu.


  1. ratunek.