Strona:PL Puszkin Aleksander - Czarny orzeł.djvu/043

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Dubrowski zmarszczył się.
— Posłuchaj Archip, rzekł po chwili milczenia, porzuć swoje zamysły, nie urzędnicy tu winni. Zaświeć latarnię i chodź ze mną. Archip, wziąwszy świeczkę z rąk pana, odszukał za piecem latarnię, zapalił ją, poczem cicho zeszli z ganku i poszli obok dworu. Stróż zaczął bić w ołowianą płytę; psy zaszczekały. „Kto dziś stróżuje?“ zapytał Dubrowski.
— My, ojcze, odpowiedział cienki głos: Wasylisa i Lukeria. — Idźcie do domu, nie trzeba tu was“. „Fejrant“ — zagadał Archip. — „Dziękujemy, karmicielu“ odrzekły baby i zabrały się natychmiast do domu.
Dubrowski poszedł dalej. Podeszło do niego dwu ludzi; zawołali na niego; Dubrowski poznał głos Antona i Griszy. „Dlaczego nie śpicie?“ zapytał ich. — „Czyż możemy spać, odrzekł Anton: czegośmy dożyli, ktoby pomyślał...“
— Ciszej, przerwał Dubrowski: gdzie Jegorowna?
— W pańskim domu, w swej świetlicy, odparł Grisza.
— Idź, przyprowadź ją tutaj i wyprowadź z domu wszystkich naszych ludzi, aby nie zostali ni jedna dusza prócz urzędników, ty zaś Anton zaprzęgaj wóz.
Grisza poszedł; za chwilę zjawił się ze swą matką. Staruszka nie rozebrała się tej nocy; prócz urzędników nikt nie przymknął powiek.