Strona:PL Puszkin Aleksander - Czarny orzeł.djvu/042

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

do odczytywania, pozostawionych mu przez rodziców, pamiętników. Zaczytawszy się zaś zapomniał o całym świecie, pogrążając się w szczęściu rodzinnem i nie zauważył, jak czas przeleciał; ścienny zegar wybił jedenastą. Włodzimierz włożył listy do kieszeni, wziął świecę i wyszedł z gabinetu. W sali spali na ziemi urzędnicy. Na stole stały wypróżnione przez nich szklanki, i w całej izbie czuć było silny zapach rumu. Włodzimierz przeszedł ze wstrętem obok nich do sieni. Było tam ciemno. Ktoś ujrzawszy światło umknął do kąta. Zwróciwszy się tam ze świecą Włodzimierz poznał kowala Archipa.
— Po coś tu przyszedł? zapytał go ze zdumieniem,
— Chciałem... przyszedłszy niby sprawdzić, czy wszyscy są w domu? cicho odpowiedział Archip, zająknąwszy się.
— A pocoś wziął z sobą topór?
— Po co topór? A jakże po nocy chodzić bez topora? Ci urzędnicy tacy, widzisz, pyskacze: a to jeszcze może...
— Tyś pijany; rzuć topór, idź się wyspać.
— Ja pijany? Ojcze Włodzimierzu Andrejowiczu, Bóg świadkiem, że ani jednej kropli nie miałem w ustach... a zresztą komu może teraz przyjść do głowy pić wódkę? Czy to słyszane, urzędniczki myśleli zawładnąć nami, urzędniczki pędzą naszych panów z pańskiego dworu... Ot, jak chrapią urzędnicy; wszystkich by tu razem, a końce w wodę...