Strona:PL Przybyszewski Stanisław - Synowie ziemi.djvu/082

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    chu, bo czuł, że jak tylko usta otworzy, będzie zgubiony.
    Siadł i całą mocą spojrzał na swego oprawcę.
    Pająk skrył się.
    Odetchnął.
    Ale teraz go ujrzał tuż ponad sobą, chytrego, chciwego krwi, pewnego już swej ofiary...
    Zerwał się na równe nogi.
    Ochłonął.
    Malarya! Malarya!
    I znowu się położył...
    Ujrzał nagle jakiegoś pana, we fraku, w monoklu, z koźlą brodą, z nieskończenie złośliwym wyrazem twarzy. Wyszczerzał spróchniałe zęby, mrugał oczyma jak stary, bezwstydny rajfur, jedną ręką głaskał swoją zrzedniałą, koźlą brodę, a drugą potrzymywał nawpół stojącą, otwartą trumnę.
    A w tej trumnie — Czerkaskiemu zjeżyły się włosy z przerażenia i wstrętu — w tej trumnie kościotrup, ohydny, niewymownie wstrętny, z wiszącemi tu i owdzie ochłapami zgniłego ścierwa, kościotrup kobiety. W jednej ręce miała wachlarz, który się mechanicznie poruszał, drugą podtrzymywała jakąś szmatę, coś w kształcie zgniłej sukni, i odsłania z kokieteryą brukowej nierządnicy swe nagie piszczele.
    — Proszę wejść! — wołał pan we fraku. — Pięć centów wstęp...
    — Pięć centów od wiersza — huczało mu nad głową...