Strona:PL Przybyszewski Stanisław - Synowie ziemi.djvu/054

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    bezładne słowa miłości, i tulić, i pieścić, i wziąść na ręce, obnosić dookoła pokoju — och! kołysać jak dziecko, ażby jej skołatana główka obwisła w cichym śnie na jego piersi.
    Tak! przycisnąć, przygarnąć do siebie, jak ten bronzowy Adam na jego biurku!
    Zapóźno!
    Zaciął zęby.
    Wszystko dla niego poświęciła. Czuła, że to zbrodnia, oszukiwać męża, który od rana do nocy pracował przy biurku — serce krwią się jej zalewało na widok tego człowieka, któremu ona, sierota, tyle zawdzięczała, bo ją wyrwał z dusznej i ciasnej atmosfery domu jej ojca, otaczał ją miłością, a teraz czuł, że się w niej coś dzieje, czego nie zna, że staje mu się obcą, że jest dla niego zimną i nieprzystępną. Czuła jego ból, choć słowa nie mówił, płakała, rozpaczała, czuła się potępioną, gardziła sobą, ale miłość dławiła, dusiła wszystko w jej sercu, bo kochała, bo stała się samą miłością.
    I widział jej męża, jak wstaje od biurka, w milczeniu je kolacyę, mówi jej dobranoc, siada i znowu pracuje, by się pracą odurzyć, zagłuszyć — widział jej męża, któremu łkanie piersi rozrywa, a który jednak nie płacze, któremu przekleństwa i brudne wyrazy tłoczą się do gardła, a który ma dla niej tylko dobre i łagodne słowa, bo — bo i on ją kocha.
    — A ty? ty? Co ty masz w sercu? — zakrzyknął. — Brud i egoizm!