Strona:PL Przybyszewski Stanisław - Synowie ziemi.djvu/055

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    I po raz pierwszy od dawnego czasu uczuł ogromny, bezpamiętny ból.
    Całe niebo staczało się wielkim, bolesnym ciężarem na jego głowę — zdawało mu się, że słyszy w cichym parku przedśmiertny poszum drzew, a z serca rwał się wielki krzyk za śmiercią, końcem, zagładą...
    Przed oczyma przesunęło mu się całe życie, brudne, ciężkie życie, pełne wstrętnych zabiegów za groszem, podstępnej przebiegłości, by ludzi ujarzmić, zbrodniczych łotrostw, by żądze zaspokoić...
    Siadł na ławie, głowę zwiesił na piersi. Oddychał z trudnością, a w głowie czuł ogień i żar.
    Po chwili podniósł się i znowu wszedł na planty.
    Naraz drgnął.
    Szybkim krokiem przesunęła się jakaś postać kobieca.
    To ona! Glińska! Hanka!
    Obrócił się.
    Nie, Nie — mylę się — przecież to niemożliwe. Daleko ztąd, daleko...
    Ona! Hanka!
    Nie, niemożliwe... tyle o niej myślałem, że mi żywa stanęła przed oczyma.
    I w tej chwili ogarnęła go wściekła tęsknota. Czuł dokładnie jej dłonie na swej twarzy, te białe, miękkie dłonie — to znowu kosztowny jedwab jej włosów przesuwał mu się przez palce, to znowu z rozkoszą chłonął delikatną, nieskończenie wytworną harmonię jej ruchów, widział jej oczy dziecka, co z cie-