Strona:PL Przybyszewski Stanisław - Synowie ziemi.djvu/024

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    lanckim paonie“ stało się naraz dziwnie pochmurno i posępnie.
    Każdy z tych „artistes maudis,“ tych nędzarzy, co torowali drogi przyszłości, tego nawozu, z którego miało jakieś sprytne ziarno wyciągnąć najkosztowniejsze zasoby do życia, z jego pomocą wybujać i przynieść obfity plon, każdy z nich czuł nad sobą tego strasznego upiora, co ich dławił, powalał o ziemię, tratował, niszczył, — a ich kosztem się żywił, krwią ich serca się odnawiał, myślą ich myślał...
    — Publiczność, drogi Stasinku, to Madame Delmonse, a rajfurka pani Delmonse, to prasa!... Nie Nietzsche, ale madame Delmonse wywróciła na ręby wszystkie wartości. Zagładza was, a po śmierci stawia pomniki. Odżywia się kosztem waszego życia, a pogardza wami. Rzuca wam jałmużnę pięciu centów od wiersza, a zyskuje na tem miliony... Ale głupstwo! Panowie piję zdrowie pani Delmonse. Na pohybel Nietzschemu! Ha, ha, ha...
    Rozśmiano się nieszczerze, krzyknięto nieszczerze:
    — Vive Madame Delmonse! Na pohybel Nietzschemu!
    Ale to nieszczerze...
    Upiór wpijał w gardło swe szpony, dusił, dławił, ssał krew: a za to chleb ci daję! Pięć centów od kwadratowego centymetra, pięć centów od wiersza, pięć za funt gliny!
    — Hej, Stasinek! zagraj „Słońce i pogoda.“
    — Właściwie należy ci się to za godną i do prawdy najwięcej zbliżoną definicyę publiczności.