Strona:PL Przybyszewski Stanisław - Synowie ziemi.djvu/022

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    wiecie, że lubię straszyć publiczność panem de Sade, tak, jak ongi Baudelaire wystraszał poczciwych burżujów za drzwi, gdy nie mógł znieść ich widoku, tem jedynem pytaniem: Czy jadłeś pan już kiedy móżdżek małego dziecka? Otóż tak samo ja, aby odstraszyć porządnych ludzi od tego tu przybytku, w którym możemy być sami, opowiadam im, że się tu odprawiają czarne msze...
    — Ha, ha, ha...
    — Pozwólcie, panowie — dywagacye są formą literacką, jak słusznie ktoś przede mną zauważył. — Cierpi wprawdzie na tem sam mistrz, to znaczy ja, bo uchodzę za satanistę, łotra, herszta, ale mnie to robi równą przyjemność, jak Baudelaire'owi. Trochę blagi w tem, trochę kpin, trochę pogardy, a wszystko razem: pour épater le cul de l'humanité!
    — Do rzeczy, do rzeczy!
    — Zaraz! Od siedmiu lat studyuję sekty satanistyczne i na tym punkcie jestem kompetentny...
    — Proszę nie nudzić!
    — Zaraz! Otóż przekonałem się, że nie pojedyncze jednostki są satanistyczne, ale to gros, die compacte Majorität. Nietzsche bardzo się myli, jeżeli mu się zdaje, że odmienił i przenicował wszystkie wartości. Ta publiczność, ten przez nas pogardzony motłoch dawno już tego dokonał. — I teraz moi panowie przystępuję do jądra rzeczy.
    Odchrząknął, wypił szklankę szampana i mówił dalej.
    — Jest jeden pan, który się nazywa Borel. Napi-