Strona:PL Pol-Dzieła wierszem i prozą.djvu/267

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Kiedy już przyszło do hańby ostatniéj,
Przetrwałem wojnę, związki i napaści,
I głód i dżumę, trzymając się właści;
Ale za krzywdy i za grzéchy stare
Nową Pan zesłał na tę ziemię karę.

„W chorągwi ludzi na rożenek prawie,
A tu step kipi czernią zbuntowaną...
I z siwą głową popaść téj niesławie
By z nożem walczyć szablą poświęcaną,
To dopust ciężki! i na pokuszenie
Nie wódź nas Panie! Krew to rzecz kosztowna,
A już krew bratnią w wielkiéj Bóg ma cenie.

„Stannica była porządnie warowna...
Więc rzekłem krótko towarzystwu memu:
I stać, i czekać — służba po staremu.

„Bunt się po kraju rozszérzał tymczasem...
A w tém ksiądz Rektor znagła znać mi daje,
Że na monastér jakaś czerń nastaje,
I obozuje pod poblizkim lasem!
Za to, że przyjaźń dobrą z Lachy chowa,
Ma oddać srébra! — A więc dzięki Bogu,
Że nie w obronie własnéj padnie głowa,
Lecz że ją złożym na święconym progu,
Rzekłem do wiary; i nocy téj saméj
Stanąłem jeszcze u klasztornéj bramy.
Struchlał ksiądz Rektor — bo jużciż sądzono,
Że na monastér idą hajdamaki;
Lecz gdy poznano i ludzi i znaki,
To w mgnieniu oka bramy otworzono.
Nim się dzień zrobił tak się poczt mój sprawił,
Że klasztor w stanie obrony postawił;