Strona:PL Pol-Dzieła wierszem i prozą.djvu/233

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


U kapucynów stanąwszy kwaterą,
Ciągle na koniu, cały dzień na dworze,
Związał się z księciem przyjaźnią tak szczérą,
Że książę zwiedzał go nawet w klasztorze,
Gdzie także bywał i hetman Ogiński,
Przyjaciel całéj partyi ukraińskiéj.
Tam to o mustrze nie było już mowy,
Dyskurs duchowny, lub tylko sejmowy,
Bo Gwardyan — święty, Pan hetman — surowy,
Mohort — rycérski — ot i była szkoła:
To chociaż nie raz pokojowiec woła,
I listki nosi i na ustęp prosi,
To książę tylko ciągle go odgania,...
I tak do gustu szły mu owe zdania,
Tak je brał chciwie, że nie było mocy
Z klasztoru wyrwać Księcia o północy.

Jedyną tedy pociechą w Warszawie
Był Mohortowi Ogiński i książę...
Lecz choć i klasztor, choć i przyjaźń wiąże,
Tęsknił do kresów i zmizerniał prawie:
„Już mi tu zginąć widzę w téj Warszawie.”

Wisła mu Dniepru nie mogła zastąpić,
I każdą chwilą życia począł skąpić;
Więc kiedy księcia już nauczył służby,
Nie chciał pozostać w Warszawie i chwili:
„Tęsknią tam po mnie i konie i drużby,
Muszę na szlaki!”
Więc Król go przywołał,
I ledwo słowy wypowiedziéć zdołał,
Ile mu wdzięczny i ile go ceni,
Że mu synowca tak pięknie wyćwiczył
W rycérskich sprawach, że się szczęsnym mieni
Mieć go w swym wojsku, w końcu, żeby życzył,