Strona:PL Pol-Dzieła wierszem i prozą.djvu/210

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


W tém brzęknął pałasz od przeciwnéj strony,
A pan Porucznik rozwarł zwolna oczy:
„Niech będzie Jezus Chrystus pochwalony!”
— Na wieki wieków! — z cicha odpowiada,
I z kozła swego niby z konia zsiada,
A potém trochę kagańca poprawił,
A potém rzucił na mnie wzrok surowy,
I zmierzył ostro od stóp aż do głowy,
I pytał krótko — a gdym mu się sprawił,
Rzekł, wysłuchawszy z uwagą wszystkiego:
„Jak się dzień zrobi to i list wyczytam,
A teraz syna pana Antoniego
Jako krew bratnią z poczciwością witam!
Dziś już za późno, i jestem na służbie,
Lecz jutro Waści na kresach podrużbię:
Już tu nie jeden piérwsze żołdy czynił
Więc po staremu będę gospodynił . . .”

Poszedł ku pułce, kędy stał kaganek,
Do owych sznurów za zégar służących,
Policzył węzły na knotkach płonących,
I rzekł: „Nie zaraz będzie jeszcze ranek!
Wracaj do koni, boś zdrożony może,
A jak zatrąbią na poranne zorze.
Czekam tu Waści” — potem krzyknął — „służba!”
Starszy towarzysz, człowiek już nie młody,
Wstąpił do izby — „No, przybył nam drużba!
Dacie mu nocleg a koniom wygody,”
Rzekł Pan Porucznik, i zlecił nas Bogu,
I przeprowadził oczyma do progu.

Kiedy oświtłem — dopiéro ujrzałem,
Żem był w okopie, który zamykała
Brama, na piętro otoczona wałem.