Strona:PL Pol-Dzieła wierszem i prozą.djvu/209

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Prócz kołków w ścianie, prócz ławy i stoła
I prócz proporca, nic więcéj nie było.

Przetarłem oczy, bom nie wierzył sobie,
I rozumiałem, że mi się przyśniło
Jakieś widziadło, niby w nocnéj dobie:
Jak gdyby z grobu powstał Hetman który,
Taki mnie widok ugodził potężny.
Taki mąż siedział przedemną orężny,
Sędziwy, dzielny, groźny i ponury,
Na koźle z drzewa uciesanym siedział
Niby na koniu — a choć sobie drzymał,
Czuwał jak żuraw i o sobie wiedział,
Bo spiąc pistolet w prawéj ręce trzymał. —
Biały włos lekko osrebrzał mu głowę,
A rysy były tak pięknie surowe.
Że więcéj prawie podobien z daleka
Był do posągu, niźli do człowieka. —
Był to pan Mohort.

A gdy przed nim stałem,
Gdy mu od ojca listy oddać miałem,
Patrząc na niego, dopiéro pojąłem,
Dla czego ojciec mówił: — „Czołem! Czołem!
I nie zapomnij Waść w gębie języka.
Gdy przyjdzie witać Pana Porucznika!”
Bo był to jeszcze wojownik z pod znaku,
I wielki strażnik hetmańskiego szlaku,
Czujny jak żuraw, całe życie zbrojny,
Jako lew dzielny, jak posąg spokojny.

Długo myślałem, co robić wypada:
Zbudzić? nie zbudzić? — trudna była rada;
Stoję i czekam — kaganiec się mroczy,