Strona:PL Pol-Dzieła wierszem i prozą.djvu/208

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Zjechałem z szlaku chcąc się napić wody,
Wtém wyszedł z dworku człowiek już nie młody,
A widząc, żeśmy zjechali już z drogi,
Krótkiemi słowy zaprosił w swe progi.
Był to poważny szlachcic i wojskowy,
Co w kawaleryi służył narodowéj;
Właśnie już było nakryto do stołu,
Więc téż i obiad zjedliśmy pospołu.
Świadomy miejsca opisał mi drogę,
I rzekł, że w miejscu stanąć jeszcze mogę
Na piérwszej luce, nim słońce zapadnie,
Ale że dobrze pojeżdżać wypadnie.
Więc téż nie bawiąc uprzejmie żegnałem,
I wziąwszy mundur żwawo pojeżdżałem.
Noc już zapadła od godziny blisko.
Gdym w końcu stanął na luce strudzony,
Gdzie Pan Porucznik miał swe stanowisko,
Któremu listy byłem polecony.

Po drodze nocny rozjazd mnie powitał
I przeprowadził do saméj granicy,
Żołnierz od czaty naprzód mnie wypytał,
Potém samego puścił do strażnicy.

Zwolna wstąpiłem do izby ponuréj,
Którą z nad pułki kaganek oświécał,
A od téj półki wisiały trzy sznury,
Które jak lonty był ktoś porozniecał
Dymek błękitny płonącego włókna
Wązkim się pasem po izbie rozścielił,
W wielkim kominie płomień czasem strzelił,
I zbiegł wężykiem po szybach od okna. —
A izba była pusta jak stodoła,