Strona:PL Pisma Henryka Sienkiewicza t. 1.djvu/261

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Księże dobrodzieju! — zapytał — któż się z kim bił, gdzie i kiedy?
A kanonik rękę do ucha i mówi:
— Hę?
— Ot! prosto nie mogę od śmiechu — rzekł do pana Skorabiewskiego rewizor.
— A może cygarko?
— A może kawy?
— Nie: nie mogę od śmiechu.
Śmieli się i państwo Skorabiewscy przez grzeczność dla rewizora, choć tego opowiadania musieli słuchać, jak zapisał, co niedziela; wesołość była więc ogólna, gdy nagle przerwał ją cichy, lękliwy głos, z zewnątrz ganku, który rzekł:
— Niech będzie pochwalony!
Pan Skorabiewski zaraz podniósł się, wyszedł przed ganek i spytał:
— A kto tam?
— To ja, Rzepowa.
— Czego?
Rzepowa schyliła się, o ile jéj na to dzieciak pozwalał, i podjęła go pod nogi.
— Po ratunek, jaśnie dziedzicu, i po zmiłowanie.
— Moja Rzepowa, dajcie mi téż choć w niedzielę pokój! — przerwał pan Skorabiewski z taką dobrą wiarą, jakoby Rzepowa nachodziła go w każdy dzień powszedni. — Widzicie przecie, że teraz mam gości. Toć ich dla was nie zostawię.
— Ja zaczekam...
— No, to czekajcie-że. Ja się przecie na dwoje nie rozerwę...
To rzekłszy, pan Skorabiewski wsunął napowrót swe obszary w ganek, a Rzepowa cofnęła się aż do