Strona:PL Pisma Henryka Sienkiewicza t. 1.djvu/246

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


tycznego poczucia, ale był i inny powód. Oto pan Zołzikiewicz się kochał. Nie myślcie jednak, żeby w Rzepowéj. Na Rzepową miał, jak się kiedyś wyraził sam: „apetycik“ i basta. Ale oprócz tego pan Zołzikiewicz zdolny był i do uczuć wyżéj sięgających i bardziéj złożonych. Czytelniczki, jeżeli nie czytelnicy domyślają się już zapewne, że przedmiotem tych ostatnich uczuć nie mógł być przecie kto inny, jak panna Jadwiga Skorobiewska. Nieraz, kiedy na niebie wschodził srebrny księżyc, pan Zołzikiewicz brał harmonijkę, na którymto instrumencie grywał biegle, siadał na ławce przed czworakami i spoglądając w stronę dwora, przy melancholicznych, a czasem i sapiących dźwiękach, nucił:

„A od samego prawie świtania
Do późnéj nocy łzy leję;
W nocy oddycham, przez ciężkie wzdychania:
Straciłem wszelką nadzieję.“

Głos biegł w stronę dworu, wśród poetycznéj ciszy nocy letnich, a pan Zołzikiewicz dodawał jeszcze po chwili:

„O! ludzie, ludzie, ludzie nieczuli,
Coście młodzieńca życie zatruli.“

Ktoby jednak chciał posądzać pana Zołzikiewicza o sentymentalizm, temu wręcz powiem, że się myli. Nadto trzeźwy był umysł tego wielkiego człowieka, aby być sentymentalnym; w marzeniach téż jego, zwykle panna Jadwiga podstawiała się za Izabelę, on za Serrana lub Marforego. Że jednak rzeczywistość nie odpowiadała marzeniom, więc ten żelazny człowiek raz jeden zdradził się ze swojem uczuciem, a mianowicie wtedy, kiedy pewnego wieczora, spostrzegł na sznu-