Strona:PL Pisma Henryka Sienkiewicza t. 1.djvu/167

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


skona. A przestraszone to było, a przemokłe, o Jezu! Jezu!
— No, a teraz jak się ma?
— Obaczy paniczek, że ona odchoruje to wszystko. Szczęściem że doktor jest pod ręką.
Kazałem Węgrowskiéj wrócić zaraz do Hani i nie zamykać drzwi za sobą. Bo chciałem spojrzeć na nią choć zdaleka. Jakoż patrząc z ciemnego pokoju przez odchylone drzwi, ujrzałem ją siedzącą na łóżku, ubraną w bieliznę nocną. Na twarzy miała mocne rumieńce, oczy błyszczące; widziałem przytém, że oddycha szybko. Widocznie miała gorączkę.
— Wahałem się przez czas jakiś czy wejść, czy nie wejść; ale w téj chwili ksiądz Ludwik trącił mnie w ramię.
— Ojciec cię woła — rzekł.
— Księże Ludwiku! ona chora!
— Doktor zaraz pójdzie znów do niéj. Tymczasem rozmówisz się z ojcem. Idź, idź: już późno.
— Która godzina?
— Pierwsza po północy.
Uderzyłem się ręką w czoło. A wszakżeto o piątéj rano miałem się bić z Selimem!