Strona:PL Pisma Henryka Sienkiewicza t. 1.djvu/155

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


dwik i Hania. Biedaczka wiedziała już, że ma odjechać i wiadomość o tém przyjęła z rozpaczą. Widocznie pragnęła we mnie szukać ratunku i ostatniéj deski zbawienia, ale ja domyślając się tego, starałem się ażeby nie zostać z nią ani przez chwilę sam na sam. Znałem siebie dostatecznie i wiedziałem, że łzami zrobi ze mną wszystko co zechce i że nie potrafię jéj nic odmówić. Unikałem nawet jéj wzroku, bo nie mogłem znieść téj jakby prośby o litość, która malowała się w nim, ilekroć patrzyła na mnie lub na ojca.
Z drugiéj strony, choćbym nawet i chciał wstawić się za nią do ojca, wiedziałem że na nicby się to nie przydało, bo ojciec nigdy nie zmieniał tego, co raz postanowił. A przytém jeszcze i wstyd jakiś trzymał mnie od Hani zdaleka. Wstydziłem się przed nią ostatniéj rozmowy z Mirzą i téj surowości nie dawnéj i całéj mojéj roli i tego wreszcie, że nie zbliżając się do niéj, śledziłem ją jednak zdaleka. Ale miałem powody ją śledzić. Wiedziałem, że Mirza krąży, jak ptak drapieżny, dzień i noc około naszego domu; zaraz na drugi dzień po rozmowie ujrzałem, że Hania chowała z pośpiechem karteczkę zapisanego papieru: niezawodnie list od niego lub do niego. Domyślałem się nawet, że może i widzieć się będą z sobą, ale jakkolwiek czatowałem szarą godziną na Selima, nie mogłem go jednak złapać. Tymczasem dwa dni przeminęły szybko, jak strzała na powietrzu. Przed wieczorem dnia tego, w którym Hania miała odjechać na noc do Ustrzycy, ojciec pojechał do miasta na jarmark za kupnem koni i Kazia wziął dla próbowania ich ze sobą, Hanię zaś mieliśmy odprowadzić obaj z księdzem Ludwikiem.