Strona:PL Pisma Henryka Sienkiewicza t. 1.djvu/141

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


mi tu bywać, będę pisywał do ciebie. Mam kogoś takiego, kto zawsze list zaniesie. Będę przejeżdżał i sam od strony stawu. Szarą godziną wyjdź zawsze do ogrodu. Ale ty nie wyjedziesz. Gdyby cię chcieli wysłać: ja na to nie pozwolę, jak Bóg na niebie. Haniu, nie mów nawet takich rzeczy, bo ja oszaleję! O! moja ukochana, moja ukochana!
Porwawszy jéj ręce, cisnął je namiętnie do ust. Ona zerwała się gwałtownie z ławki.
— Słyszę jakieś głosy: nadchodzą — zawołała z przestrachem.
Wyszli oboje, chociaż nie nadchodził i nie nadszedł nikt. Wieczorne promienie słońca rzucały na nich blaski złote, a mnie te blaski wydały się takie czerwone, jak krew. Zawlokłem się i ja zwolna ku domowi. Zaraz na skręcie ulicy, spotkałem czatującego Kazia.
— Wyszli. Widziałem ich — szepnął. — Powiedz mi, co mam robić?
— Strzel mu w łeb, — zawołałem z wybuchem.
Kazio spłonął jak róża, a oczy zaświeciły fosforycznie.
— Dobrze! — odparł.
— Stój! Nie bądź głupcem. Nie rób nic. Nie mieszaj się do niczego i na honor twój, Kaziu; milcz. Zdaj wszystko na mnie. Jak mi będziesz potrzebny, powiem ci; ale przed nikim ani słowa.
— Ani pisnę, choćby mnie zabili.
Przez chwilę szliśmy w milczeniu. Kazio przejęty teraz ważnością kwestyi i wietrzący jakieś groźne wypadki, do których skakało mu serce, poglądał na mnie roziskrzonemi oczyma, potém rzekł: