Strona:PL Pisma Henryka Sienkiewicza t. 1.djvu/140

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Cisza trwała jeszcze czas jakiś, wreszcie Hania pierwsza poczęła szeptać:
— Dosyć już! dosyć! Ja nie śmiem w oczy panu spojrzeć. Chodźmy ztąd!
I odwracając w bok głowę, usiłowała się wyrwać z jego ramion.
— O, Haniu! co się zemną dzieje, jakim ja szczęśliwy! — wołał Selim.
— Chodźmy ztąd. Tu kto nadejdzie.
Selim porwał się z miejsca, z błyszczącemi oczyma i rozdętemi nozdrzami,
— Niech świat cały nadejdzie — odpowiedział — ja kocham i powiem to wszystkim w oczy. Ja sam nie wiem, jak się to stało. Walczyłem z sobą, cierpiałem, bo mi się zdawało, że cię kocha Henryk, a ty jego. Ale teraz nie uważam na nic. Ty mnie kochasz, a więc o twoje szczęście chodzi.
— O, Haniu, Haniu!
I tu znowu zaszemrał pocałunek, a potém Hania poczęła mówić głosem miękkim i jakby osłabłym.
— Wierzę, wierzę, panie Selimie, ale ja mam panu wiele rzeczy powiedzieć! Mnie chcą podobno wysłać ztąd za granicę do pani. Wczoraj pani d’Yves rozmawiała o tém z panem: pani d’Yves myśli, że to ja jestem powodem tego dziwnego stanu pana Henryka. Myślą, że on się we mnie kocha. Ja sama nie wiem, czy tak nie jest. Są chwile, że mi się tak zdaje. Ja go nie rozumiem. Ja się go boję. Czuję, że on nam będzie przeszkadzał, że on nas rozłączy, a ja...
I skończyła zaledwie dosłyszanym szeptem:
— Ja bardzo, bardzo kocham!
— Słuchaj, Haniu, — odpowiedział Selim. — Żadna siła ludzka nas nie rozłączy. Gdyby Henryk zabronił