Strona:PL Pisma Henryka Sienkiewicza t. 1.djvu/136

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Wiedziałem, że poczciwy ojciec mówił to tylko dlatego, żeby pobudziwszy moję miłość własną, zająć mnie czémś i wyrwać moje myśli z tego ponurego kręgu, w którym zdawały się obracać; ale odpowiedziałem, jakby na przekór, obojętnie i ponuro:
— Co ja tam jestem za opiekunem. Ojca nie było, więc stary Mikołaj mnie ją zostawił, ale prawdziwym opiekunem nie ja jestem.
Ojciec zmarszczył się; widząc jednak, że tym sposobem nie trafi ze mną do ładu, wziął się na inny. Uśmiechnął się pod siwym wąsem, przymrużył po żołniersku jedno oko, wziął mnie z lekka za ucho i niby poufale, niby draźniąc się, spytał.
— A może tobie zawróciła Hania głowę? gadaj chłopcze, co?
— Hania? Ani trochę. A toby było zabawne!
Kłamałem jak najęty, ale szło mi gładziéj, niżem się spodziewał.
To może Lola Ustrzycka? co?
Lola Ustrzycka, kokietka!
Ojciec zniecierpliwił się.
— To czegóż, u licha! jeśli się nie kochasz, łazisz jak rekrut po pierwszej mustrze?
— Czy ja wiem. Nic mi nie jest.
Ale podobne badania, jakich przez troskliwość nie szczędzili mi, ani ojciec, ani ksiądz Ludwik, ani nawet pani d’Yves, męczyły mnie i niecierpliwiły coraz bardziéj. Wreszcie, stosunki moje z nimi zaczęły być przykre. Unosiłem się i gniewałem o lado co. Ksiądz Ludwik widział w tém pewne rysy wybijającego się na wierzch z wiekiem despotycznego charakteru i spoglądając na ojca uśmiechał się znacząco i mówił: „rodem