Strona:PL Pisma Henryka Sienkiewicza t. 1.djvu/045

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Mirza wzdrygnął się nagle i obudził z zadumy.
— Jakiś ty szczęśliwy, Henryku! — wyszeptał.
— Tak, Selimie.
Nie mogliśmy jednak wiecznie tak pozostawać.
— Nie budźmy jéj i przenieśmy ją do jéj pokoju, rzekł do mnie Mirza.
— Ja ją sam przeniosę, a ty tylko otwieraj drzwi, odpowiedziałem mu na to.
Wysunąłem delikatnie ramię z pod główki śpiącéj, główkę zaś oparłem na kanapie. Poczém ostrożnie wziąłem Hanię na ręce. Byłem jeszcze dzieciak, ale pochodziłem z rodu ludzi nadzwyczaj silnych; dziecina zaś była drobna i wiotka, więc uniosłem ją jak piórko. Mirza otworzył drzwi do przyległego oświeconego pokoju i w ten sposób dotarliśmy aż do zielonego gabinetu, który przeznaczyłem na mieszkanie Hani. Łóżeczko było już tam posłane; na kominku trzaskał obfity ogień, a pod kominkiem siedziała, grzebiąc w węglach, stara Węgrowska, która ujrzawszy mnie obciążonego w ten sposób, zawoła:
— A dla Boga! a toć paniczyk podźwiga się dziewczyną. Nie można to było jéj obudzić, żeby sama przyszła?
— Niech Węgrosia cicho będzie! — zawołałem gniewnie. — Panienka, nie „dziewczyna,“ mówię, tylko panienka; czy Węgrosia słyszy? panienka zmęczona. Proszę jéj nie budzić. Rozebrać i położyć cicho w łóżeczko. Niech Węgrosia pamięta, że to sierota i że dobrocią trzeba ją pocieszyć po dziadku.
— Sierota niebożątko, jużci że sierota — jęła zaraz powtarzać z rozrzewnieniem poczciwa Węgrowska.
Mirza pocałował za to babinę, poczém wróciliśmy na herbatę.