Strona:PL Pisma Henryka Sienkiewicza t.2.djvu/184

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


gania uciekające napróżno zwierzęta, które nawpół zduszone dymem i żarem, padają z wywieszonemi językami jeszcze przedtém, nim płomień zdołał je objąć i pójść daléj po ich zwęglonych trupach. Biada podróżnikowi, który nocą dostrzegłszy na krańcu horyzontu czerwony pasek światła, niby świtanie zorzy, nie zapali natychmiast stepu przed sobą i nie schroni się na świeżo wypalone gorące jeszcze przestrzenie. Jeśli spostrzeże się zapóźno, nim skrzesze ognia, hucząca czerwona fala przyleci niby na skrzydłach i niemasz już wtedy dlań ratunku, bo choćby płomień go nie spalił, udusi go dym, żar i brak powietrza.
Ten jednak łatwy sposób ratunku, polegający na zapaleniu stepu przed sobą, ma swoją złą stronę: oto wznieca nowy pożar, a raczéj rozszerza go do nieskończoności, skutkiem tego płomień obejmuje niezmierzone przestrzenie. Nic smutniejszego nad widok takiéj spalonéj preryi. Step zmienia się jakby w jeden pokład popiołu i węgla, martwota pada na niego absolutna, a gorące i tak promienie słońca, operując na czarny grunt, wzniecają taki żar, że poprostu niepodobna w nim oddychać.
Z drugiéj jednak strony, pożary użyzniają stepy do wysokiego stopnia. Wiosną, po deszczach zimowych, gdy wilgotna ziemia zieleni się pierwszą runią, na przestrzeniach spalonych porasta najbujniéj i najobficiéj. Nieraz pokazywano mi już późniéj takie całe pasy, któremi poprzedzającego lata przeszedł ogień, i istotnie odróżnić je łatwo po zieloności ciemniejszéj i trawach, w których człowiekowi siedzącemu na koniu, widać tylko głowę i ramiona.