Strona:PL Owidiusz - Przemiany.djvu/161

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


A gdy już z swej kądzieli uprzędły conieco:
»Gdy się ten pień wypali, i po tobie będzie,
o nowonarodzony!« to rzekły orędzie.
Odeszły. Matka z ognia wyrywa pień drzewa
I żarzący się jeszcze gasi i zalewa.
Długo w domu Alteja chowała pień skrycie;
Zachowany, jej syna zachował też życie.
Lecz teraz go wynosi. Na bogów ołtarze
Pochodnie zapalone i szczepy nieść każe.
Sama stos ułożyła i ogień podtyka.
Czterykroć chce pień wrzucić, cztery kroć umyka
Od ognia rękę z szczapą: walczy matka z siostrą,
Waha się serce, raną rozjątrzone ostrą.
To strwożonej przed zbrodnią matki lice bladły,
To znowu się w jej oczach iskrzy gniew zajadły;
To ją zemsta zapala, to litość porusza,
A choć gniew łzy wzruszenia z jej oczu wysusza,
Znajdują się łzy przecie. Jak na wodzie trzcina
W tę, z której wiatr powionie, stronę się nagina,
Tak Alteja się waha, a w różności zdania
To na tę, to na ową stronę się nakłania.
Zemsta szaleje w sercu, to znowu się traci;
Wreszcie nad własne dziecię przekłada swych braci.
Postanawia krwią własną przebłagać ich cienie,
W zbrodni chce być cnotliwą. Gdy buchną płomienie,
»Ten stos — rzecze — me własne wnętrzności pochłonie:«
A wtem żywotną głownię w obie chwyta dłonie
I stanąwszy, nieszczęsna, przed bogów ołtarze,
Wzywa ich: »Zwróćcie ku mnie święte wasze twarze
Eumenidy potężne! Pomszczę ja się godnie,