Strona:PL Owidiusz - Przemiany.djvu/121

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


I nadają odcienia, nie dojrzane okiem.
Tak gdy o dżdżystą chmurę słońce się odbije
I niezmierzonym łukiem niebiosa pokryje,
W nim choć jaśnieją różnych kolorów tysiące,
Lecz przejście z jednych w drugie tak oko patrzące
Zwodzi, że się przy sobie jednakowe zdają,
A dopiero nadbrzeżne różnicę zdradzają.
Każda pomiędzy nici giętkie wkłada złoto
I wskrzesza dawne dzieje kunsztowną robotą.
Obok zamku Cekropsa pagórek Gradywa
I sławmy spór z Neptunem Minerwa wyszywa,
Gdy szło, kto miał nowemu nadać imię miastu.
Na tronie siedzi Jowisz wśród bogów dwunastu;
Każdy ma twarz właściwą: król bogów wspaniałą,
Bóg morza długi trójząb podnosi nad skałą.
Wyskakuje koń dzielny z opoki strzaskanej
I Neptun już się zdaje być pewnym wygranej.
Siebie wystawia Pallas z puklerzem i dzidą,
Czoło zdobi przyłbicą, a piersi Egidą;
Pociskiem ziemię trąca: po krótkiej przewłoce
Wyrasta krzak, oliwne dający owoce,
Bogom na podziw; w końcu Wiktoria kroczy.
By jednak dumnej dziewce pokazać na oczy,
Jak równą jej zuchwałość karali niebianie,
Dawszy tło różnofarbne na odmienne tkanie,
Na czterech rogach cztery wystawia przykłady:
W jednym rogu Rodope, w drugim Hemos blady,
Dziś zimne góry, dawniej mocarze zuchwali,
Co bogów cześć i bogów imię przywłaszczali.
Tu królowej Piędziaków smutny los wystawia:
W boju zmogła ją Juno, zmieniła w żórawia,