Strona:PL Ostatnie dni świata (zbiór).pdf/114

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


i, zatrzymawszy się przy jednym z tych ludzi, który przypadkowo wyciągnął rękę, wziął ją i uścisnął.
— Ona była moją siostrą, — szepnął, jakby mówiąc o dawnym jakimś czasie. — Uczyła się i uczyła innych. Serca ich zmieniły się, lecz twarze swoje posypali szarym popiołem ze strachu przed Radą Siedmiu.
— Głosować wszakże będą sercem, nie twarzą, — dodało z pośpiechem dziewczę.
— Są to nieliczni z tych nielicznych, którzy czytali pisma moje, — odparł, — większość ludzi nie czytała ich, większość zaś tych, co czytali, wyda na mnie wyrok potępienia. Niema żadnej nadziei, najdroższa!
Ale dziewczę wzrokiem, pełnym oczekiwania spojrzało na szare oblicza. Tu i ówdzie spostrzegła białe i różowe cienie, gdzie niegdzie zauważyła łzy i uśmiech zajaśniał na jej twarzy.
Jakaś kobieta pochyliła się i ucałowała rąbek jej szaty, gdy obok niej przechodziła.
— Oto już jedna, — powiedziało dziewczę.
Jakiś mężczyzna gwałtownie odciągnął kobietę na stronę, obawiając się, że ruch jej zostanie dostrzeżony.
— On ją kocha, — rzekło dziewczę.
Inny jakiś mężczyzna podniósł na ręce dziecko — kalekę, by mogło im się przyjrzeć.
— On kocha to dziecko, — szepnęło dziewczę.
Ktoś szepnął na ucho głównemu lekarzowi: