Strona:PL Ostatnie dni świata (zbiór).pdf/115

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


„Apelacja! Pamiętaj o apelacji!“ Młoda kobieta, zasłaniając twarz szarym woalem, włożyła w rękę dziewczęcia kilka kwitnących wodorostów.
— Ona kocha, — szepnęło dziewczę.
— Są tu wzamian miljony takich, co nie kochają, — odrzekł naczelny lekarz. — Nikt nic dopomódz nam nie może, nikt!
— Bóg jest na niebie! — krzyknęła. — Bóg!
— Ach! — powiedział naczelny lekarz. — Ale niema Go tutaj!
— Jak gdyby człowiek mógł wiedzieć, gdzie jest Bóg!
Skręcili na róg ulicy i ujrzeli przed sobą gmach Sądu, tysiąc stóp wysoki i tysiąc stóp szeroki, tworzący marmurowe półkole, w tej chwili zalane słońcem. Było ono szare, jak wszystko na świecie. Tylko stopnie, wiodące na Platformę Losu, były białe, na znak, że szary świat tutaj się kończy.
Naczelny lekarz podszedł do podnóża schodów i wziął dziewczę w objęcia.
— I ty chcesz wejść tu wraz ze mną! — zapytał. — Tam — śmierć!
Uśmiechnęła się i poszli naprzód ręka w rękę. Nikt jej nie zatrzymywał, nikt bowiem nie przypuszczał, by mogła dobrowolnie iść ze skazanym, a przytem nikt nie ośmieliłby się wejść na te białe stopnie.
Przeszli długi, biały tunel i stanęli na Platformie Losu, pośrodku olbrzymiego gmachu Sądu. Dokoła ujrzeli szarych ludzi, wyższych stanowisk, którzy zajmowali loże i galerje, a przed sobą —