Strona:PL Or-Ot - Poezje.djvu/018

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


I sromnie Baśka pała
Od młodych snów purpury.

Zawyło coś z płomieni,
Parsknęła kotka z kotem,
Skrzypiąca furta sieni
Otwarła się z łoskotem.

Klątw sprośnych słychać parę,
Kaszlanie i kichanie,
Jako byś miechy stare
W zepsutym gniótł organie.

Skoczyła dziewka ona,
Płonąca gdyby róża;
Aż dziwna się persona
Z otwartych drzwi wynurza.

Czerwona twarz opiła
Mętnemi lśni oczyma,
Brzuszysko, jak baryła,
Papuzi żupan wzdyma.

Nos gruby i nie krótki
Muskają żółte wąsy,
Haniebne dwa podbródki
Ustawne czynią pląsy.

Znać vir to znamienity
I w przednim żyje stanie,
Bo pas go złotolity
Owinął po żupanie.

Łeb w kunach i w hatłasie,
Na nogach żółte buty,
A w ręku dzierży zasie
Obuszek srebrem kuty.