Strona:PL Nowele obce (antologia).djvu/111

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Żona obejmuje, jak zwykle, pierwszy głos, zasiada po prawej stronie. Rozpoczynają. D-dwa, cztery czwarte taktu, Allegro giusto.
— Piękne, nieprawda? — powiada mąż po ukończeniu uwertury.
— Ach tak — przyznaje żona, lecz tonem niezbyt zachwyconym.
— Zagramy teraz „marciale“ — mówi mąż — to jest świetna część opery. Przypominam sobie wspaniałe chóry w teatrze królewskim w owym czasie, gdy żył jeszcze Soederman.
Grają marsza.
— A co? nie jest to cudne? — mówi mąż triumfująco jakby sam był twórcą „Romea i Julji“.
— Nie znajduję, by to było tak nadzwyczajne — orzeka żona.
Honor i dobry gust męża są zakwestjonowane. Więc długo szuka, przewraca kartki. Wreszcie znajduje arję. Ta będzie najodpowiedniejsza!
— Wiesz — powiada żona, gdy skończyli — muzyka ta jest wcale mierna.
Mąż jest bardzo przygnębiony. Przyznaje, że muzyka ta brzmi, jak katarynka.
— Tak, miałam przez cały czas to wrażenie — oświadcza żona.
— Pomyśl, jak prędko stał się Gounod staromodny — zauważa mąż. — Czy chcesz dalej grać? Może tercet lub cavatinę? Przypominam sobie panią Michaeli, była boska.
Po odegraniu tych ustępów, ma mąż wyraz twarzy