Strona:PL Nie-boska komedja (Krasiński).djvu/36

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


MĄŻ: W tamtym pokoju pan znajdziesz. — Proszę wszystkich, by wyszli.
GŁOSY POMIESZANE: Dobranoc — dobranoc — do jutra.

(wychodzą)

ORCIO: (budząc się) Dobrej nocy mi życzą! Mówcie o długiej nocy, o wiecznej może, ale nie o dobrej, nie o szczęśliwej!
MĄŻ: Wesprzyj się na mnie, odprowadzę cię do łóżka.
ORCIO: Ojcze, co to się ma znaczyć?
MĄŻ: Okryj się dobrze i zaśnij spokojnie, bo doktor mówi, że wzrok odzyskasz.
ORCIO: Tak mi niedobrze. Sen mi przerwały głosy czyjeś.

(zasypia)

MĄŻ: Niech moje błogosławieństwo spoczywa na tobie! Nic ci więcej dać nie mogę, ni szczęścia, ni światła, ni sławy — a dobija godzina, w której będę musiał walczyć, działać z kilkoma ludźmi przeciwko wielu ludziom. Gdzie się ty podziejesz, sam jeden i wśród stu przepaści, ślepy, bezsilny, dziecię i poeto zarazem, biedny śpiewaku bez słuchaczy, żyjący duszą za obrębem ziemi, a ciałem przykuty do ziemi — o ty nieszczęśliwy, najnieszczęśliwszy z aniołów, o ty mój synu!
MAMKA: (u drzwi) Pan konsyljarz każe jw. pana prosić.
MĄŻ: Dobra moja Katarzyno, zostań się przy małym!

(wychodzi)