Strona:PL Nie-boska komedja (Krasiński).djvu/35

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


SŁUŻĄCA: Jezusie Nazareński!
ORCIO: Precz ode mnie, ciemności! Jam się urodził synem światła i pieśni. Co chcecie ode mnie, czego żądacie ode mnie?
Nie poddam się wam, choć wzrok mój uleciał z wiatrami i goni gdzieś po przestrzeniach — ale on wróci kiedyś, bogaty w promienie gwiazd, i oczy moje rozogni płomieniem.
OJCIEC CHRZESTNY: Tak, jak nieboszczka, plecie, sam nie wie co. — To widok bardzo zastanawiający.
LEKARZ: Zgadzam się z panem dobrodziejem.
MAMKA: Najświętsza Panno Częstochowska, weź mi oczy i daj jemu!
ORCIO: Matko moja, proszę cię, matko moja, naślij mi teraz obrazów i myśli, bym żył wewnątrz, bym stworzył drugi świat w sobie, równy temu, jaki postradałem!
KREWNY: Co myślisz, bracie? To wymaga rady familijnej.
DRUGI: Czekaj — cicho!
ORCIO: Nie odpowiadasz mi? O matko, nie opuszczaj mnie!
LEKARZ: (do Męża) Obowiązkiem moim jest prawdę mówić.
OJCIEC CHRZESTNY: Tak jest, to jest obowiązkiem — i zaletą lekarzy, panie konsyljarzu.
LEKARZ: Pański syn ma pomieszanie zmysłów, połączone z nadzwyczajną drażliwością nerwów, co niekiedy sprawia, że tak powiem, stan snu i jawu zarazem, stan podobny do tego, który oczywiście tu napotykamy.
MĄŻ: (na stronie) Boże, patrz, on Twoje sądy mi tłumaczy!
LEKARZ: Chciałbym pióra i kałamarza. — Cerasi laurei dwa grana, etc. etc...