Strona:PL Nie-boska komedja (Krasiński).djvu/30

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wywodzę odrodzenie się rodu ludzkiego przez krew i zniszczenie form starych.
MĄŻ: Tak się panu wydaje.
FILOZOF: Podobnie, jako glob nasz się prostuje lub pochyla na osi swojej przez nagłe rewolucje.
MĄŻ: Czy widzisz to drzewo spróchniałe?
FILOZOF: Z młodemi listkami na dolnych gałązkach?
MĄŻ: Dobrze. — Jak sądzisz, wiele lat jeszcze stać może?
FILOZOF: Czy ja wiem? Rok — dwa lata.
MĄŻ: A jednak dzisiaj wypuściło z siebie kilka listków świeżych, choć korzenie gniją coraz bardziej.
FILOZOF: Cóż z tego?
MĄŻ: Nic — tylko, że gruchnie i pójdzie precz na węgle i popiół, bo nawet stolarzowi nie zda się na nic.
FILOZOF: Przecie nie o tem mowa.
MĄŻ: Jednak to obraz twój, i wszystkich twoich, i wieku twego, i teorji twojej.

(przechodzą)

∗                ∗
Wąwóz pomiędzy górami.

MĄŻ: Pracowałem lat wiele na odkrycie ostatniego końca wszelkich wiadomości, rozkoszy i myśli, i odkryłem — próżnię grobową w sercu mojem. Znam wszystkie uczucia po imieniu, a żadnej żądzy, żadnej wiary, miłości niema we mnie, jedno kilka przeczuciów krąży w tej pustyni: o synu moim, że oślepnie — o towarzystwie, w którem wzrosłem, że rozprzęgnie się — i cierpię tak, jak Bóg jest szczęśliwy: sam w sobie, sam dla siebie.
GŁOS ANIOŁA STRÓŻA: Schorzałych, zgłodniałych, rozpaczających pokochaj, bliźnich twoich, biednych bliźnich twoich, a zbawion będziesz!