Strona:PL Nie-boska komedja (Krasiński).djvu/31

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


MĄŻ: Kto się odzywa?
MEFISTO: (przechodząc) Kłaniam uniżenie. Lubię czasem zastanawiać podróżnych darem, który natura osadziła we mnie. Jestem brzuchomowca.
MĄŻ: (podnosząc rękę do kapelusza) Na kopersztychu podobną twarz gdzieś widziałem.
MEFISTO: (na stronie) Hrabia ma dobrą pamięć. (głośno) Niech będzie pochwalon...
MĄŻ: Na wieki wieków — amen.
MEFISTO: (wchodząc pomiędzy skały) Ty i głupstwo twoje.
MĄŻ: Biedne dziecię, dla win ojca, dla szału matki przeznaczone wiecznej ślepocie — niedopełnione, bez namiętności, żyjące tylko marzeniem, cień przelatującego anioła, rzucony na ziemię i błądzący w znikomości swojej. — Jakiż ogromny orzeł wzbił się nad miejscem, w którem ten człowiek zniknął!
ORZEŁ: Witam cię — witam.
MĄŻ: Leci ku mnie, cały czarny. Świst jego skrzydeł, jako świst tysiąca kul w boju.
ORZEŁ: Szablą ojców twoich bij się o ich cześć i potęgę!
MĄŻ: Roztoczył się nade mną — wzrokiem węża grzechotnika ssie mi źrzenice. Ha, rozumiem ciebie.
ORZEŁ: Nie ustępuj, nie ustąp nigdy, a wrogi twe, podłe wrogi twe, pójdą w pył.
MĄŻ: Żegnam cię wśród skał, pomiędzy któremi znikasz. Bądź co bądź, fałsz czy prawda, zwycięstwo czy zaguba, uwierzę tobie, posłanniku chwały. — Przeszłości, bądź mi ku pomocy, a jeśli duch twój wrócił do łona Boga, niechaj się znów oderwie, wstąpi we mnie, stanie się myślą, siłą i czynem!

(zrzuca żmiję)