Strona:PL Mniszek Helena - Trędowata 02.pdf/028

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Narnicki chciał powiedzieć: „wymuskany laluś“, ale spostrzegł się w porę, że byłoby to kłamstwo zbyt rażące i że Stefcia odgadłaby, jego intencję. Zazdrość, wyrażona w ten sposób, wydała mu się niską i Narnicki odpowiedział szczerze:
— Przystojny i bardo elegancki, a nadewszystko typowy.
Stefcia spojrzała na kuzyna z wdzięcznością.
— Tak, dobrześ powiedział. To jego cecha główna.
Narnicki zauważył jej nagłe ożywienie i postanowił mówić dalej, nie spuszczając z niej oczu.
— Wśród nich wszystkich on wygląda na luminarza. Ma rozumny wyraz twarzy i znać w nim lwią energję. Tacy ludzie idą do celu śmiało, depcąc wszelkie przeszkody, i dlatego nie są bezpieczni. A przeszłość ordynata, bardzo zresztą świeża, znana jest ze swej burzliwości.
— Dlaczego to mówisz? — spytała sucho Stefcia.
Narnicki wzruszył ramionami.
— Mówię o nim jako o typie, a dodaję uwagę, że ludzie z taką energją i swobodną przeszłością, zwłaszcza, gdy mają miljony, potrafją nieprzebierać w środkach dla zadowolenia swych kaprysów, nawet chwilowych. Ordynat jest wytwornym, tem gorzej. Taki aksamitny płaszczyk, pokrywający feudalizm — bo u niego i ten rys jest widocznym — ułatwia mu zaspokojenie jego fantazji.
— Nie powinieneś o nim mówić z taką pewnością, bo go nie znasz.
— Czy określiłem go fałszywie?
— Nie, ale źle go sądzisz.
— Przepraszam cię, kuzynko! Jeśli ja nie mam podstawy sądzić go w ten sposób, tembardziej ty nie możesz za niego ręczyć.
— Ja go znam bliżej.
— Z salonu! jako wielkiego pana i wytwornego człowieka, jeszcze jako sportsmena, causeura, tancerza. Ale to niczego nie dowodzi. To jest właśnie ten aksamitny płaszczyk, o jakim mówiłem.
Stefci zaiskrzyły się oczy.
— Znam go jeszcze jako obywatela kraju, jako właściciela wielkich obszarów ziemi, dobrego patrjotę i... bardzo kulturalnego człowieka. Jest wybitnie inteligentny i zupełnie liberalnych pojęć — rzekła.
Narnicki patrzał na rozognioną Stefcię z pod oka. Wargi mu drżały z tajonego gniewu. Głos miał syczący, gdy odpowiedział:
— Słowem doskonały! Jednak widocznie sam sobie tego nie przyznaje, bo ma dziwnie bayroniczny grymas na ustach i satyrę w oczach, naturalnie wyłączając grupę w kostjumach.
— Doskonałym nie jest, wady posiada, jak każdy człowiek, ale nie jest zarozumiałym.
— W to nie wierzę. Człowiek na takiem stanowisku, bogaty, jak Nabab, pełen powodzenia w świecie, nie wiedziałby o tem?
— Wie, lecz posiada przytem rozum, wcale nie pospolity. Jest pewny siebie, ale to co innego.
— To samo, tylko inna nazwa. Główna rzecz wiedzieć, czem się jest i co można mieć na skinienie.
Stefcia umilkła, rozumiejąc już, do czego Narnicki zmierzał. Nie okazała przykrości. Zaczęła mu opowiadać o polowaniach w Głębo-