Strona:PL Mniszek Helena - Trędowata 01.pdf/202

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— A tak. Ja, panie, po nocach nie sypiam, a nic lepszego nie mam do roboty, więc pomyślałem sobie. Trzeba popatrzeć, jak to oni tańcują. A pan dlaczego tu przyszedł?
— Ja? ot dla zabicia czasu.
— A widzi pan?
Głośniejszy ruch przy drzwiach zwrócił uwagę rozmawiających. Pan Rudecki spojrzał i cofnął się za flar. Na schody wchodziła pani Idalja w pysznej aksamitnej sukni i w brylantach, prowadzona przez starszego księcia Giersztorfa.
Waldemar prowadził młodą księżnę Podhorecką. Biała jak śnieg Lucia szła z Wilusiem Szeligą. Stefcia, owiana seledynową krepą, świeża jak maj, wspierała się na ramieniu Trestki. Pan Rudecki, zaciekawiony, zapomniał o potrzebnej ostrożności, wychylił się z galerji, by lepiej widzieć wchodzących. Stefcia wydała mu się śliczną. Gdy przechodzili koło grupy mężczyzn, wszystkie głowy pochyliły się przed pierwszemi parami. Pani Idalja skinęła głową trochę dumnie, a młoda księżna, drobna i ładniutka, z nieopisanym wdziękiem. Na Lucię i Stefcię posypało się moc spojrzeń, głównie na Stefcię, bo nie wszyscy ją tu znali. Ale Trestka, prowadzący dziewczynę, robił jej reklamę, miał przytem bardzo dumną minę.
W ślad za niemi przyjechali hrabiostwo Barscy. Do hrabianki podbiegł książę Zaniecki. Koncert skończył się.
Po długich oklaskach zaczęto wychodzić, ale jeszcze połowa publiki nie wyszła, a już zgraja lokaji wpadła do sali, chwytając krzesła i z rumotem wynosząc je na korytarz. Wszczęło się zamieszanie i hałas. Z za filarów wyszedł Waldemar, wskazał ręką w kierunku drzwi i zawołał krótko, spokojnym lecz stanowczym głosem:
— Służba na potem! Teraz proszę tam.
Lokaje spiesznie cofnęli się obsługiwać odjeżdżających.
W sali ucichło. Publika wychodziła swobodnie.
— Oho! temu nie przytrafi się to, co łysemu hrabiemu — pomyślał z zadowoleniem pan Rudecki.
A pan w okularach zawołał:
— Oto zuch! to ordynat, panie... Michorowski z Głębowicz. Ho! ho! to wielki pan, ale nie taki, jak oni wszyscy.
— Jakto nie taki?
— Bo rozumniejszy od wielu innych. Pan nie słyszał o jego dobrach? Jak on prowadzi gospodarstwo, a jaki popularny i ludzki. Przytem patrjota: żyje po magnacku, ale dla cudzych miljonów nie trwoni. W jego dobrach ludzie żyją, jak u pana Boga za piecem, i otaczają go prawdziwą czcią. Ech! żeby nam więcej takich, nie oglądalibyśmy się na zagranicę!
Pana Rudeckiego uderzyło podobieństwo myśli sąsiada do jego własnych.
— Czy pan zna osobiście ordynata? — spytał.
— Osobiście, panie. Ale poznałem już go na wystawie, bo mam tu swoje torfy, dreny i rozmaite plany. Ja jestem inżynier, panie. A, że ordynat jest członkiem komitetu, czynnym przy organizacji, więc miałem sposobność rozmawiać z nim przy lokowaniu swoich artykułów. On ma na wystawie ogromną stajnię. Dziesięć klaczy, różnych ras, ze wszystkich majątków, i, tego pięknego ogiera, panie, araba czystej krwi, na którym tak dzielnie jeździł na wyścigu hipicznym, pewno pan widział?