Strona:PL Mniszek Helena - Trędowata 01.pdf/201

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Koncertu nikt nie słuchał. Zaczęły się zjeżdżać panie z arystokracji. Mężczyźni wybiegli do kontramarkarni. Pan Rudecki wypatrywał pani Elzonowskiej i Stefci, ale jeszcze nie nadjechały. Przyjechał natomiast hrabia Trestka i Wiluś Szeliga. Nowe rzucenie się lokaji do drzwi i wszedł ordynat Michorowski, prowadząc pana Macieja.
Wszyscy panowie poruszyli się. Młodzi wyszli aż na schody. Hrabia prezes poważnie posunął naprzód swą imponującą postać. Powitanie dwóch starców odbyło się z obopólną atencją, poczem już hrabia nie odstąpił pana Macieja, a gruby jegomość z zarostem á la Moltke odszedł w skromniejsze szeregi męskie.
Waldemara otoczyli młodsi panowie. Pan Rudecki z za swego filaru pilnie na niego patrzał. Młody ordynat wyglądał już inaczej, niż na koniu i przy obiedzie, ale może jeszcze świetniej, gdyż nieposzlakowny frak uwydatniał zręczną i elegancką jego postać. Miał w sobie dużo wielkopańskiego tonu i swobodnej a wytwornej niedbałości w ruchach. Wyróżniał się z całego otoczenia. Poznawało się w nim pana bardzo wysokiej krwi, nie przeciętnego salonowca. Bal był dla niego, nie on dla balu. Pan Rudecki spoglądał na niego i cieszył się, bo lubił panów tego pokroju, co Waldemar.
Gdyby wszyscy nasi arystokraci byli podobni, stalibyśmy na szczycie cywilizacji — myślał z żalem.
Przyjechała starsza księżna Podhorecka, w czarnych drogocennych koronkach, i panna Rita. Księżnę prowadził hrabia prezes Mortęski, Ritę jakiś pozujący na Anglika młodzieniec, który zręcznie uprzedził Trestkę.
Baron Weyher wprowadził triumfalnie, kapiącą klejnotami hrabinę Ćwilecką. Za nią postępowała sztywno panna Michalina z łysym hrabią, co miał scenę z lokajem, i roześmiana Paula, wsparta na ramieniu równie roześmianego towarzysza. Waldemar, widocznie zniecierpliwiony, spoglądał na drzwi wchodowe.
— Czemu one nie przyjeżdżają? — pomyślał pan Rudecki.
Wtem zwrócił się do niego jakiś stary pan, siedzący obok i spytał, patrząc z pod okularów:
— Panie, czemu muzyka nie ustaje? Bębnią i bębnią, choć nikt nie słucha, a tam arystokracja już wali gremjalnie i pewno się także złości.
— Ktoś tu komuś powinien ustąpić: koncert arystokracji, czy viceversa — odparł zagadnięty.
— Tymczasem nikt nie ustępuje, ale to dowodzi, że ci wszyscy panowie niewiele sobie robią ze sztuki, przytem są niezbyt grzeczni, bo i sami nie słuchają i innym nie dają.
— Zachowują się jednak dość cicho, a co do muzyki dzisiejszej, nie warta ona lepszego traktowania.
— Panie! przecie to sława stolicy i ostatni koncert!
— Może być! ja się nie zachwycam.
— A był pan na poprzednich koncertach?
— Nie!
— A — ba!
Ten wykrzyk przekonał pana Rudeckiego, że niezawsze ostatni akt równa się pierwszemu.
Pan w okularach mówił dalej:
— Zanim tę salę uprzątną z krzeseł, to się biedne panie diabelnie znudzą w buduarach, a my tu na galerji.
— To i pan przyszedł oglądać bal?