Strona:PL Mniszek Helena - Trędowata 01.pdf/195

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Hm! za to wasza wierność dorównywa naszej zdradzie, co?...
— Jesteś zazdrosny o Tolleda?
— Nie. Zresztą obecnie powracasz do mnie, wybaczam więc mu jego winy.
— Jesteś zbyt pewny siebie! Skąd wiesz, że powracam?
— Mam cię przecież, dajesz mi nadzieję dość niedwuznacznie.
— Musiałabym wpierw poznać dokładnie listę mych współzawodniczek. Ile ich było po mnie?...
— Prawdopodobnie tyle, co przed tobą, ale z pewnością mniej, niż moich następców w tej kronice buduarowej — rzekł cynicznie.
Margrabina przeciągnęła się rozkosznie. Prężąc ramiona, mówiła rozwlekłym głosem:
— Jesteś zawsze wspaniały, tylko palisz jakieś zatrute cygaro i ono cię czyni odmiennym, niż w Rzymie. Ale ja to rozumiem: ten kraj schładza. Tu niema prawdziwie pięknych kobiet. Chociaż i tu miałeś szanse kolosalne. Znam te północne rywalki. Musiały cię znudzić?
— Zapewne — odrzekł obojętnie.
Wera przegięła się bliżej ordynata, poruszając miękko ciałem, jak zaspana tygrysica; ręką uderzała niecierpliwie po adamaszkowej poduszce otomany.
— Jedź na zimę do Rzymu, sułtanie mój! Mówiłam, że cię kocham. Pojedziesz?...
Ordynat wydął usta z lekceważeniem. W źrenicach igrały mu szatanki śmiechu.
— Po co?... Gdybym chciał pobić Tolleda i odnowić wspomnienia z paljowego buduaru, to...
Pochylił się i z łobuzerskim uśmieszkiem popartrzył w oczy margrabiny. Ona przymknęła powieki, oddychając szybko. Stopy jej drżały.
— Jestem twoja — szepnęła.
— A widzisz! północ cię nie zmroziła.
Michorowskiemu zmysły wypełzły na usta. Oczy mrużyły się satyrycznie, ale nozdrza zaczęły wachlować pręcikiem tempem. Nie poruszył się. Patrzył na leżącą, okrągłą figurę Wery, na wypukłą jej pierś i różowe ciało; burzyła mu się trochę krew. Posiadał tę kobietę, dziś ona jest znowu taka sama, oddana mu, zalotna. Tylko chłód jakiś owiewał go teraz mimo wewnętrznej gorączki.
Margrabina położyła rękę na jego kolanach i zaczęła szeptać:
— Lwie mój! Pamiętasz?... tak cię nazywałam. Mon lion.
Oparła się drugą ręką na nim, wisząc półciałem w powietrzu.
— Rzuć te wstrętna lodowatość! to mię podnieca. Ale już dosyć! — syknęła przez namiętnie zaciśnięte wargi.
Poczem rzuciła się w tył, jak wąż, wołając z wybuchem:
— Nie patrz tak na mnie! tyle masz drażniącej ironji!... Przybyło ci stali w oczach, wyglądasz, jak lew nad ofiarą. Pyszny jesteś, ale straszny!... Ordynat zaśmiał się. Wzgarda tryskała z jego głosu.
— Uwalniam cię. Wero, od swych szponów, ha! ha! ha.
Głos jego brzmiał dziko.
Margrabina wyciągnęła głowę z ciekawością i błyskiem w oczach. Rzekła ciszej, niespokojnie:
— Ciebie ktoś trzyma... Powiedz kto jest... nową sułtanką?... ona Istnieje, czuję to.