Strona:PL Mniszek Helena - Trędowata 01.pdf/194

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Wero, nie przypominaj minionych dni. One już są poza teraźniejszością.
— Zaśniedziałeś w tym kraju. Przyjeżdżaj do Palazzo Silva, tam u nas, pamiętasz?... paljowy buduar...
Ogarniała go coraz mocniej ramionami, cisnęła się do niego z palącą siłą pożądania, twarz mu zalewając ognistym oddechem.
— Wero, to już cztery lata: powinnaś zapomnieć o mnie i o paljowym buduarze — rzekł znudzony.
— Więc niech ci się przypomni! — patrz, czym nie ta sama? Kocham cię jednakowo, pragnę ciebie i marzę o tobie. Patrz!...
Odchyliła głowę, i mrużąc podłużne oczy, zalotnie błysnęła ustami, ukazując szereg białych zębów.
— Strojna jesteś — rzekł ordynat. — Jakże się miewa książę Tolledo?
Margrabina zesztywniała, usta jej zwarły się.
— Poco o niego pytasz?...
— Przypomniał mi się paljowy buduar... Wspomnienia stamtąd i do niego należą.
Wera oderwała ramiona od jego szyi i odeszła parę kroków. Waldemar najspokojniej otworzył cygarniczkę i, stojąc obok wysmukłej lampy, przyćmionej czerwonym jedwabiem, spytał żartobliwie:
— Pozwolisz zapalić?
— Proszę — rzuciła gniewnie.
Zapalając, ordynat patrzał na nią, jak odwrócona białemi plecami do niego rwała chusteczkę koronkową w zębach. Piękna była i wspaniale zbudowana. Michorowski uprzytomnił sobie chwile, spędzone z tą kobietą w zbytkownem pudełku paljowego buduaru, i wzdrygnął się, nie z rozkoszy, lecz z dziwnego wstrętu. Usiadł na niskim foteliku, założył swobodnie nogę na nogę i, puszczając kłąb dymu, spytał znowu:
— Czy wywiad już skończony?
Wera żywo podbiegła, ale zatrzymała się, spuściła głowę i rwąc chustkę, patrzała mu w oczy z pod zsuniętych brwi. Jej postać gięła się kokieteryjnie, rozchylone usta drżały.
Ordynat badał ją wzrokiem. Nareszcie rzekł, strzepując popiół cygara:
— Widzę, że oduczyłaś się tupać nóżką. A wiesz, że do tej pozy to było odpowiednie. Teraz zanadto wyglądasz po pensjonarsku.
Wera upadła na otomanę obok lampy, ręce podłożyła pod głowę i zaczęła się cicho śmiać. Ciężka materja sukni spłynęła na dywan, odsłaniając wytwornie przybrane stopy, złożone z wdziękiem. Pierś margrabiny falowała gorączkowo, po ciele jej przelatywały płomienie. Gibkim ruchem odwróciła do ordynata głowę i biust i świecąc zębami, śmiała się ciągle. Oczy jej ciskały kolące ognie.
Ordynat spytał:
— Co cię tak bawi?
— Ha! ha! twoja obojętność!
— Nie wierzysz w nią?...
— Ach! nie jestem dzieckiem, wiem, żeś ostygł, boś mnie nie widział cztery lata. Wy mężczyźni zawsze jednakowi: wam trzeba nieustannej podniety.