Strona:PL Mniszek Helena - Trędowata 01.pdf/193

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Mortęski pokiwał palcami.
— Wybujała! wybujała!... za górna.
— Nic to, panie prezesie, polecim! mamy siłę — drażnił się Waldemar.
Hrabia i książę nie dawali spokoju ordynatowi, aż uwolnił go od nich Brochwicz.
— Zabieram Michorowskiego z tej sesji na inną, mianowicie do dam — rzekł energicznie.
— Niewiele on o nie dba! — odparł Giersztorf.
— Ale one o niego dbają. Tam jest zawsze premjerem.
— Dokończymy rozmowy potem — powiedział wesoło Waldemar.
Odchodząc, Brochwicz mu szepnął w ucho:
— Obaj ci staruszkowie niewiele już wskórają u pań, dlatego nudzą innych. Ale, ale! spotkasz znajomą.
— Ja?... Kogo?...
— Zobaczysz!... Błękitne niebo Italji, Corso rzymskie ba! nawet ogrody Florencji, Ateny, Korfu... — deklamował Brochwicz.
— Co ty pleciesz?...
Brochwicz znikł. Waldemar zdziwiony poszedł dalej. W jakimś gabinecie przysunęła się do niego z wyciągniętem nagiem ramieniem wysoka szatynka.
Spojrzał badawczo i drgnął.
— Wera?!
— Tak, to ja. Pan mnie poznał?
— Co pani tu robi?...
— Jestem przejazdem z mężem. Wstąpiłam na raut do hrabiego. Jedziemy do Petersburga.
Waldemar patrzał na nią z niechęcią i ciekawością. Lekka łuna przeniknęła mu przez twarz.
Margrabina schwyciła go za rękę, piwne powłóczyste źrenice, zmysłowe i gorące, przysunęła do jego oczu. Z wąskich ust wypadły namiętne słowa:
— Mój zawsze! Kocham cię!...
Odstąpił krok w tył, usta mu zadrżały irytacją.
— Wero! nie jesteśmy w Palazzo Silva. Zastanów się!
— Zapomniałeś o mnie? Zapomniałeś!...
Gniew błysnął mu w oczach.
— Margrabino, proszę się uspokoić — rzekł z naciskiem.
Wyprostowała się dumnie, zimne spojrzenie przesunęła po jego postaci.
— Ja jestem spokojna, tylko chcę panu coś powiedzieć. Więcej się w tym czasie nie zobaczymy: jutro jadę.
— Słucham — rzekł oschle.
Wsunęła rękę pod jego ramię i weszła z nim do narożnego gabinetu, zamykając drzwi.
Ordynat patrzył na nią z pod rzęs. Ironiczny uśmieszek drgał mu na ustach, oczy zaświeciły humorem. Margrabina stanęła tuż przy nim, dotykając go piersią. Obnażone, pachnące ramiona gwałtownie zarzuciła mu na szyję, wargi wpiła w jego usta, szepcząc:
— Kocham cię zawsze, pragnę cię! Przyjeżdżaj do Rzymu, jestem twoja... twoja... bierz mnie!...
Odsunął ją od siebie trochę szorstko.